Śmierć Franciszka
Kaplica śmierci św. Franciszka
Kaplica śmierci św. Franciszka
Kiedyś była w tym miejscu infirmeria pierwotnego klasztoru, czyli jeden z ubogich domków zbudowanych przez braci wokół Porcjunkuli.
Tutaj św. Franciszek spędził ostatnie dni życia i tutaj zmarł na gołej ziemi, gdyż tak sobie życzył, wieczorem 3 października 1226 r. Przed śmiercią śpiewał razem z braćmi zebranymi wokół niego:
"Panie, bądź pochwalony
Przez naszą siostrę, śmierć cielesną,
Której żaden żyjący człowiek ujść nie zdoła.
Biada tym, którzy w grzechu śmiertelnym konają. Błogosławieni ci,
Którzy odnajdą się w Twojej świętej woli, Albowiem po raz wtóry
Śmierć im krzywdy nie uczyni".
"Kiedy zbliżał się już do ostatnich dni, po których nadeszła dlań, pozbawionego światła doczesnego, światłość wiekuista, pokazał czynem, że nie miał nic wspólnego ze światem. Zmożony bardzo ciężką chorobą, co zamknęła serię wszystkich jego schorzeń, kazał się nagim położyć na gołej ziemi, iżby w tej ostatniej godzinie, w której wróg mógł jeszcze nacierać, jako "nagi walczył z nagim". Zaprawdę, nieustraszenie oczekiwał zwycięstwa i ze złożonymi rękami przyjmował wieniec sprawiedliwości.
Po zdjęciu szaty z żebraczego worka został położony na ziemi. Jak zwykle twarz skierował ku niebu i cały wpatrywał się w jego chwałę. Lewą ręką zakrywał ranę prawego boku, by jej nie widziano. I rzekł do braci: "Ja, co do mnie należało, zrobiłem; a co do was należy, niech nauczy was Chrystus!"
Synowie, widząc to, zalewali się łzami i głęboko wzdychali, poddając się wielkiemu bólowi współczucia. Tymczasem jego gwardian zdławił jakoś szlochanie i za natchnieniem Boskim poznawszy istotne życzenie Świętego, szybo wstał i wziąwszy tunikę razem ze spodniami oraz workowaty kapturek, powiedział do ojca: "Wiedz, że tę tunikę i spodnie oraz kapturek z rozkazu świętego posłuszeństwa ja ci pożyczam! Ale, żebyś wiedział, że nie masz do nich żadnego prawa posiadania, odbieram ci możność dania ich komukolwiek".
Święty ucieszył się i uradował całym sercem, ponieważ widział, że dotrzymał wiary pani ubóstwu aż do końca. Albowiem z gorliwością dla ubóstwa zrobił wszystko tak, żeby na końcu nie mieć nawet własnego habitu, ale niejako pożyczony przez kogoś innego. Zaś na głowie nosił kapturek, żeby zakryć blizny po ranach zadanych podczas leczenia oczu, a przecież konieczna byłaby tu czapeczka z jakiejś drogiej wełny, jak najbardziej delikatnej i miękkiej.
Potem Święty podniósł dłonie ku niebu i wielbił Chrystusa za to, że idzie do niego wolny, pozbyty już wszystkiego. Aby zaś okazać się prawdziwym naśladowcą Chrystusa, Boga swego, we wszystkim, do końca umiłował swych braci i synów, których ukochał od początku. Kazał bowiem przywołać do siebie wszystkich przebywających tam braci, zachęcał ich z ojcowską tkliwością do miłości i pocieszał ich w obliczu swej śmierci. Dłużej zatrzymał się nad zachowaniem cierpliwości i ubóstwa, przedkładając je nad inne wskazania świętej Ewangelii.
A gdy tak wszyscy bracia siedzieli dookoła, "wyciągnął nad nich swą prawicę" i, zaczynając od swego wikariusza, położył ją na głowę każdego. Rzekł: "Żegnajcie, wszyscy synowie, w bojaźni Pańskiej i trwajcie w niej zawsze! A ponieważ zbliża się przyszła pokusa i udręka, przeto pamiętajcie, że szczęśliwi ci, którzy wytrwają w tym, co rozpoczęli. Ja bowiem śpieszę do Boga, którego łasce wszystkich was polecam". W tych braciach, którzy tam byli obecni, pobłogosławił też wszystkim braciom, którzy kędykolwiek w świecie przebywali, a także tym, którzy przyjdą po nich, aż do końca wieków.
Niechaj nikt nie uzurpuje sobie tego błogosławieństwa, które wygłosił w obecnych dla nieobecnych. A jak to już zostało napisane gdzie indziej, wygłosił też błogosławieństwo specjalne, ale było ono skierowane raczej do urzędu, aniżeli do poszczególnej osoby.
Gdy tak bracia gorzko płakali i biadali niepocieszeni, święty ojciec kazał sobie przynieść chleb. Pobłogosławił go i połamał, a potem podał każdemu do spożycia. Polecił także przynieść księgę Ewangelii i poprosił o przeczytanie mu Ewangelii według Jana od miejsca, które zaczyna się: "Przed świętem Paschy". W ten sposób przypomniał ową najświętszą wieczerzę, którą Pan jako ostatnią odprawił ze swymi uczniami. Uczynił to wszystko dla uczczenia jej pamięci, okazując tym samym uczucie miłości, jakie miał do braci.
Te parę dni, jakie pozostały mu do śmierci, spędził na uwielbianiu Boga, zapraszając swych najmilszych towarzyszy do chwalenia Chrystusa razem z nim. Sam zaś, tak jak mógł, intonował psalm: "Głosem moim wołałem do Pana, głosem moim błagałem Pana". Zapraszał również wszystkie stworzenia do chwalenia Boga i zachęcał je do Boskiej miłości słowami, które niegdyś był ułożył. Nawet samą śmierć, dla wszystkich straszną i znienawidzoną, zachęcał do chwalby, a wychodząc jej radośnie naprzeciw, zapraszał do siebie w gościnę. Mówił: "Pozdrowiona niech będzie siostra śmierć!"
Potem zwrócił się do lekarza: "Bracie doktorze, śmiało zapowiedz rychłą śmierć, która będzie mi bramą życia". Do braci zaś: "Gdy zobaczycie, że już koniec ze mną, połóżcie mnie na ziemi tak, jak przedwczoraj widzieliście mnie nagiego, i pozwólcie mi tak leżeć jeszcze po skonaniu przez tak długi czas, jakiego potrzeba do spokojnego przejścia tysiąca kroków".
Nadeszła godzina śmierci i po wypełnieniu się na nim wszystkich Chrystusowych tajemnic, szczęśliwie uleciał do Boga.
 
Pewien brat widzi duszę Świętego w chwili śmierci
 
Jeden brat z jego uczniów, cieszący się niemałą sławą, widział duszę przeświętego ojca. Była jak gwiazda, mająca wielkość księżyca a jasność słońca. Uniosła się nad wielkie wody, a objęta jasnym obłoczkiem prostą drogą poszybowała do nieba.
Zebrała się wielka rzesza ludzi, którzy sławili i wychwalali imię Pańskie. Całe miasto Asyż wyległo tłumnie i zbiegła się cała okolica, żeby zobaczyć wielkie sprawy Boże, jakie Pan okazał na swoim słudze. Synowie, pozbawieni takiego ojca, rzewnie płakali i okazywali serdeczne uczucia miłości we łzach i wzdychaniach. Wszakże nadzwyczajny nowy cud przemienił lament w okrzyki wesela i żałobę w radosne uniesienie. Oglądali ciało świętego ojca ozdobione stygmatami Chrystusa, a mianowicie nie tylko ślady przebicia gwoździami pośrodku dłoni i stóp, ale sameż gwoździe utworzone z jego ciała, owszem wrośnięte w ciało, przy zachowaniu czarnego koloru, oraz prawy bok zbroczony krwią.
Jego ciało, wpierw z natury ciemne, rozjaśniło się dziwną białością. W ten sposób zapowiadało nagrodę błogosławionego zmartwychwstania. Wreszcie jego członki nie były sztywne, jak zwykle są u umarłych, ale stały się giętkie i miękkie, na podobieństwo ciała w wieku dziecięcym".