Płyń, płyń, płyń kajaczku...
Dawno dawno temu w odległej galaktyce wielki mistrz Zacheus Padrus rozesłał
informacje o mrożącej krew w żyłach wyprawie w której zapewne niejednemu wojakowi
przyjdzie oddac życie. Na jego wezwanie dwunastu najdzielniejszych z dzielnych
dnia 4 lipca roku pańskiego 2010 stawiło się w pełnym rynsztunku na Górze św.
Anny. Na pokładzie dwóch nieposkromionych karoc, ściskając z całej siły swoje
czarne plecaczki ruszyli z piskiem kopyt tysięcy KM i krzykiem ciasto!!! w
kierunku sławetnej miejscowości Lipusz. Należy w tym miejscu dodac, że dzięki
niepokonanemu Mariuszowi,którego wiedzą przewyższa jedynie mistrz Joda( i to
w czasach swej młodości) cała zgraja została poinformowana o tym w jakim mieście
jaka drużyna walczy o puchar mundialu. Powitani chlebem, solą, dźwiękiem alarmu
samochodowego i pełnego wyrzutu spojrzeniem Starszej Pani udali się na spoczynek
w najbardziej reprezentacyjnym miejskim hotelu. Wszystkim bez wyjątku śniła
się nielogiczna wizja metalowej rzeźby zawieszonej na sznurku nad wodą- ot wyobraźnia.
Następnego dnia już tylko czekanie aż Księciunio i Wielki Mistrz wynajmą powozy
od miejscowej ludności, pakowanie dobytku do satynowych walizek i z bojowym
okrzykiem na ustach ruuuuuuszyli podbijac ścieki, rzeki, jeziora, stawy, morza,
oceany...góry i wydmy. Pierwszy dzień wyprawy naznaczony przede wszystkim został
próbą swoistego oswojenia kajaków poprzez liczne z nimi rozmowy i wyprowadzanie
na smyczy w krainie Stu Mielizn i Jednego Jeziora. Wieczorem gdy już nogi bardziej
niźli ręce odmawiały posłuszeństwa Wielki Mistrz podszywając się pod gwiazdę
filmów klasy B Bruca Willisa jakimś cudem namówił właścicieli nadrzecznej gospody
by przyjęli na swoją dzielnicę kajakarzy- co, bądźmy szczerzy, należy zaliczyc
do sukcesów wykraczających poza ludzkie pojęcie. Rozłożywszy wigwany, przy kojących
dźwiękach symfonii Bethovena w wykonaniu kajakowego kwartetu lud udał się na
(tym razem nie wieczny) spoczynek.
Niebo spowiły czarne chmury. Dwóch śmiałków od pierwszego koguta pienia stylizowało
Wdę według najnowszego projektu Armaniego, a trzech wojów rzuciło się by ratowac
dobytek ludzkości przed działaniem bezlitosnych kropel DESZCZU. Ku radości tłumu
niewiast Pani Włości zezwoliła na skorzystanie z ciepłej (!) wody, przyrządziła
tysiąc wyśmienitych filiżanek kawy, a Jej Małżonek przygotował do Mszy przydomową
Kaplicę. Oddział piechoty wraz z jednostką wodną udał się na przewyśmienity
obiad do oddalonej o jedyne 100 km karczmy, odwiedził włości swoich praprzodków
i skorzystał z kuszącej oferty kaszubskiej ruchanki za 2,50. Z uśmiechem na
ustach i nową dostawą energii wybrańcy zbadali teren wspinając się na najwyższy
punkt we wszechświecie, skorzystali z usług Taxi Zachu, odbili przejechaną
przez czołgi wroga radiostację Tołdiego i korzystając ze swojej wiedzy w dziedzinach
biologii, mechaniki kwantowej i filozofii namawiali kolegę parasola by wrócił
do żywych.
Teraz dobrze? Nieeeeee!!! A tak? Nieeeee!!! Dobrze?! Może być! Dobra, idę. Aaaaaaa!!!
To może stój tam i trzymaj tą antenę! (czyt. Holandia- Urugwaj).
Pułapka zastawiona przez Armaniego i przeprawa przez jezioro Wdzydze. Zdzielając tamtejszą Nessie wiosłami po głowie, wyprzedzając jednostki sportowych łódek idealnie zorganizowana i poinformowana załoga sześciu niezniszczalnych, niezatapialnych i niezastąpionych galer pokonała pierwszą na trasie przenoskę. Najdzielnielsi mężczyźni we wszechświecie podrzucali kajaki jak przystało na właścicieli kart stałego klienta wszystkich europejskich siłowni. Kaypha natomiast korzystając ze swojego dziewiątego zmysłu namierzyła trzy skarby zakopane przed laty przez ludy pierwotne. Mecz w domu strzeżonym przez małego psa, nocny atak Buki z doliny Muminków i kolejna nieprzespana noc przed wizytą w kamiennych kręgach!!! Dwunastu właścicieli podkrążonych oczu, zakwasów i średnio świeżych ubrań w akcie desperacji pojawiło się w pitpoincie aby doładowac się energią wszechśwwwwwiataaaaa. Rzucili się na napromieniowane gumijagody, pochłaniali moc płynącą z kamieni przywiezionych taczką przez pana Stacha i pełni mocy i siły ruszyli w dalszą podróż. Naukowcy po dziś dzień nie udowodnili, iż obecnośc zdobywców mórz i oceanów w tym tajemniczym miejscu miała jakiś wpływ na ich życie- chodzą jednak plotki ,że jeden z nich w ciągu 10 minut zdołał złowic 24 pstrągi i 12 z nich zwędzic. Badania trwają. Pokonawszy Monsieur Superhero z taczką pełną karmy dla ryb mistrzowie sztuki kajakarskiej dopłynęli do sześciogwiazdkowego pola biwakowego. Szok cywilizacyjny był tak powalający, że tylko najbardziej wytrzymałe jednostki zdecydowały się na skorzystanie z prysznicy( najlepiej zainwestowane 5 zł w historii ) reszta tradycyjnie skorzystała z Wdy- urokliwego substytutu wanny z jacuzzi. Wieczorny pełen entuzjazmu i zaangażowania (szczególnie ze strony Księciunia) mecz siatkówki oraz walka o piłkę z sadzawką, kolejny recital Zacheusa Padrusa i pstrąg smażony cud- miód. Czego może kajakarz chcieć więcej?
Desperaci spakowali się, tak w ramach ekstrawagancji, w worki na śmieci i ruszyli
z prędkością nadświetlną wyprzedzając wszelkie jednostki płynące i tonące łącznie
z reprezentacją Indian z plemienia Wydya pokonujących morskie kilometry w niesłychanie
zwrotnych canoe. Nie obyło się bez zwiedzenia rutynowej trasy szlakiem chaszczy,
trzciny i tego ochydnego zielonego , kajakowej walki na glony i likwidowania
innych jednostek przez wepchnięcie ich na mielizny i w gałęzie. Wieczorem dzielna
SJ (Pamelka) przeprowadziła setki akcji ratowania biednych kajakarzy z wody
ryzykując przy tym życiem swoim i (przede wszystkim) tonących. Ci, których udało
się odratowac, zalewając się strumieniami łez pożegnali kajakowego Skarbnika
i Przewodnika i odtąd już nic nie było takie samo... W momencie gdy mózg logiczno-racjonalny
opuścił zdobywców Wdy w niezrozumiały sposób podjęli decyzję o pokonaniu nieskończenie
ogromnego dystansu w jeden dzień. Tak więc płynęli, płynęli, płynęli, płakali,
płynęli, zdychali, płynęli, żegnali się z rodziną, płynęli, wprowadzali ostatnie
zmiany do testamentów i... dopłynęli! Ociekając potem złota jedenastka wskoczyła
do wody (krążą plotki , że w tym czasie sanepid ogłosił skażenie biologiczne
rzeki Wdy- informacja nie została potwierdzona). Zaczęli rozkładac namioty-
i chlup do wody- robic kolacje- chlup do wody poszli do sklepu- chlup- wrócili
ze sklepu-CHLUP! Wieczorem do brzegu osady dobiła chorągiew z Gdańska wkupując
się( skutecznie) w nasze łaski darmową kiełbasą, my natomiast korzystając z
obecności Wielebnych zaprosiliśmy na niedzielną Mszę Świętą.
Jako, że wśród tegorocznych kajakarzy nie zabrakło niemalże fanatycznych kibiców
piłki nożnej , trzech desperatów wybrało się w podróż w poszukiwaniu cywilizacji
i jakiegokolwiek odbiornika tv, a reszta zadowoliła się słuchaniem relacji z
finału za pomocą funkcji radio w telefonie komórkowym ( prawa noga...lewa
noga....i...... nie strzelił! Nie mógł się zdecydowac,którą nogą kopnąc!) Pokonując
stada much-potomków Draculi (oficjalnie nie zgadzamy się z opinią jakoby ich
obecnośc sugerowała długotrwały brak kąpieli ), mordując urokliwe różowe sandałki
rozmiar 47 kajaki wypłynęły w swoją ostatnią trasę. W rytm kulinarnych marzeń
rodem ze śląska i krzyków Lucyna gdzie jesteś?! flota pokonała wyjątkowo zielone
przytleniowskie wody. Powstrzymując jak na bohaterów przystało strumienie łez
kajakarze pożegnali się ze swoimi amfibiami, dokonali glonowego ataku i wygotowali
się we wrzącym prysznicu pamiętając o tym że papier toaletowy należy wrzucac
do kosza na śmieci... Nocne spanie na molo, podziwianie nocnego życia pająków
i jeży oraz urokliwe rozmowy z nieśmiałymi dziewczętami z ławeczką- raj!
Ostatni dzień i szokująca decyzja w którą do dziś dnia uwierzyc trudno- wyprawa
nad Bałtyk!!! Kwatery w skromnym nadmorskim hoteliku Sheraton, błyskawiczna
pizza i Asi romans z Tymonem, Msza w Bazylice odprawiona przez nasze Eminencje
i rekreacyjna wyprawa na szczyt wieży kościoła (1 miejsce bezkonkurencyjne trio
Księciunia, Tołdiego i Padrusa Zacheusa). W każdym razie dwie rzeczy są pewne:
deszcz w Gdańsku jest mokry i ... ZARAZ BĘDZIE CIEMNO!
Anula Be.